czwartek, 19 lutego 2009

post trzydziesty

okładki nie wkleję, bo jest chujowa, mogę za to zacytować pana nowackiego z wybiórczej, że niezwykłe przygody roberta robura są utworem pod każdym względem nieudanym. arcygenialności tegoż dowodzić nie bedę, ale jak ufać facetowi, który o rasowej (powtarzam, rasowej) fantastyce socjologicznej pisze, iż jest to powieść fantastyczna, podpadająca pod antyutopię? no tak, honor niegdyś znakomicie zapowiadającego się talentu jakoś trzeba obronić, bo dysutopia to jednak nie żaden portret straconej młodzieży ani obraz polski prowincjonalnej, tylko jakieś bzdury. łatwo sprowadzić wymowę książki śp. pisarza do stwierdzenia, że telewizja to chujnia. ale kpić każdy potrafi. 

w sumie jest to coś zupełnie innego niż nahaczowe powieści wydane w czarnem, wiele obsesji pozostaje, niepewność postrzegania, kontrola, paranoja, przeczucie, że ktoś tam na górze podstawia nam pod oczy jakiś nieprawdziwy syf. ale zmienia się totalnie koncepcja, są niezwykłe przygody powieścią sensacyjną, czego się chyba nikt po autorze bombla nie spodziewał. i właściwie jako powieść sensacyjna nahacz ponosi największą porażkę, widać, że zabrakło konkretnej redacji, uporządkowania, czasami wyrównania proporcji; czytałam przez pół ferii folletta i nikt mi nie powie, że sensacja to proza prosta, oczywiście sensacja dobra, ta, przy której gnasz od strony do strony, zapominając o zupie kipiącej w garnku i wierceniu na klatce schodowej. w efekcie kryminalne zagadki i cała przygodowa otoczka roberta robura są znacznie mniej zajmujące niż powinny. to lektura na trzy, cztery dni, a nie jedną, niezapomnianą, nieprzespaną noc. 

pynchona to sobie mogli na tej okładce darować, niemniej w koncepcji miasta światła nahacz niewątpliwie już wiedział, o co mu chodzi. światło to bezpieczeństwo. światło oślepia mieszkańców zony. oślepiają ich także kolejne odcinki tasiemca wściekłość i wrzask. ale robert robur ucieka od światła, ucieka w stronę ciemności, gdzie wszystko postrzega się inaczej: gdzie nie ma miejskiej sztuczności, sterylnego bezpieczeństwa - ale jest cisza. (potem i tak okazuje się, że kontrola owszem, jest, ale zupełnie na innej zasadzie). nahacz na maksa hiperbolizuje rzeczywistość, bez owijania w bawełnę oddając władzę nad społeczeństwem wszechobecnej telewizji. w sumie wiadomo, jak łatwo jest ludziom poprzed media wszelkie gówno sprzedać, wiadomo, że format wszystkich wartości naraz prowadzi do nikąd, ale wiadomo też, że miłość jest ważna, a jakoś non stop ktoś o niej pisze, więc chyba sęk nie w tym że, tylko jak. ważna uwaga dla tych, którzy odbili się od bociana i loli: niezwykłe przygody są tekstem znacznie łatwiej przyswajalnym. stylistycznie to też nie osiem cztery, mi brakowało równie plastycznych opisów jak ten, w którym olgiert wychodzi poza krąg ogniska, siada na trawie i czuje, że ciemność przylepia się do niego. no właśnie - nie jest robur książką, która się do czytelnika przykleja, w tym sensie, że po lekturze zostają ci w głowie jakieś urwane z kontekstu, ale niesamowicie mocne zdania, odbijające się jakby echem, zdania, które się nie tylko słyszy, ale i czuje, smakuje, wącha, tak całym sobą. nahacz napisał kilka takich zdań, ale chyba nie tutaj. niezwykłe przygody imponują raczej rozmachem wizji - choć tu też czegoś brakowało, szerszej perspektywy chyba. jak w prologu: spojrzenia z lotu ptaka. no.

i jeszcze jedno: na długo przed premierą książki strasznie jarała mnie koncepcja uzależniającego serialu, którego tytuł to wściekłość i wrzask (na moje jazda po bandzie). i chyba rozczarowałam się tym, że tak mało o samym tasiemcu powiedziano, okazało się to niepotrzebne, jasne. ale ja zawsze chciałam wiedzieć, jak to jest, grać bruk przez dwadzieścia lat, przychodzić non stop na plan i być bruk, a potem wychodzić ze studia, brak taksówkę i jechać do domu, i w tym domu nie być już bruk w ogóle. ale to już moja sprawa.

i drugie: piotrek rogoża powiedział w jakimś wywiadzie, że w bocianie i loli nahacz napisał mniej więcej to, co on chciał napisać w po spirali, tylko sto razy lepiej. niezwykłe przygody roberta robura przypominają cielęcińską przygodówkę jeszcze bardziej - na ostatniej stronie kurwa mać przed oczami mi stanęła. chociaż tam było weselej i w sumie bez pretensji. na koniec przygód nahacz się bowiem trochę zapętla. ale już wnikać nie bedę. książka warta przeczytania. a wyborcza nic by napisała, gdyby ktoś to pod innym nazwiskiem w takiej supernowej opchnął. zdarza się. zdarza się i tak.

do napisania.

6 komentarzy:

  1. Czyli warto?

    Ciężko mi recenzować recenzję, ale Nowacki powiedział ciekawą rzecz, mianowicie o tych nawiązaniach do polskiej fantastyki. Nagle pomyślałem: a może to wszystko jest wielka hucpa i Masłowska, Shuty, Kuczok i ś.p. Nahacz, czyli, to, co uważamy za młodą polską prozę, pisze neolingwistyczne cuda-niewidy, publicznie zachwyca się Gombrowiczem i legionem gości, którzy weszli na parnas Dziennikami, w pracy dyplomowej transfiguruje genderyzm w teatrze Grotowskiego, a tak naprawdę w domu, gdy nikt nie widzi, czytają pod kołdrą Wędrowycza? Może Chutnikowa (to nazwisko jest esesmańską zbrodnią na ortografii polskiej spogląda na Lód i wzdycha "żebym ja tak potrafiło". Jeden Żulczyk odstaje, jest popkulturowy po szyję, oglądał pewnie wszystkie Alieny i Indianę Jonesa.

    Poza tym zauważyłem jeszcze coś. Cała "młoda proza" jest małomiasteczkowa. Masłowska z Wejcherowa, Nahacz z łemkowszczyzny, Kuczok ze górnośląskiego piekiełka. Nawet nasz Rogoża (nasz - fajnie to brzmi) mieszka w cielęcinie, a nie New Yorku. Może w tym coś jest? Może niechęć fantastów (moja też) nie bierze się z języka, czy afabularności tylko, że oni wszyscy wywodząc się z kompletnie innego świata, bumelując na irracjonalnych studiach typu kulturoznastwo (to nie żadna obraza) uzurpują sobie (albo ktoś im przypisuje) bycie przedstawicielami ogólu?

    Kurka, nie wiem, ajk się te komentarze obsługuje. Lipa straszna.

    Ziuta

    OdpowiedzUsuń
  2. Komenty muszę zatwierdzać, bo jak odblokowałam, to od razu jakieś wierszyki o fiołkach dostawałam, koszmar jakiś.

    Co do małomiasteczkowości, to - sama będąc ze wsi (jak Nahacz :P), się cieszę... W tym sensie, że jakoś łatwiej kibicować młodym ludziom z prowincjonalnych dziur, niż młodzieży z wielkich miast, co zawsze wszystko miała pod nosem, kina, księgarnie, kafejki, spotkania autorskie, cały ten syf. No.

    Nahacza do wora jednego z Kuczokiem jednak bym nie wrzucała. Kolo publicznie przyznawał się do bycia fanem "Terminatora" i na koniec napisał rasową fantastyczną powieść. Teraz byłoby mu bliżej do kolegi Kuby niż koleżanki Doroty.

    Niechęć fantastów do Mejstrimu i vice versa bierze się ze stereotypów, wychowania i zwykłego, ludzkiego braku elastyczności. I to uogólniać nie ma co. W sumie to za bardzo nie rozumiem, "wszyscy wywodząc się z kompletnie innego świata (...) uzurpują sobie bycie przedstawicielami ogółu"? To jakby dzieciak z Miasta coś takiego napisał, to by było OK? Poza tym mi się nie wydaje, by Masłowska czy Nahacz pisali "za wszystkich" (Nahacz, powiedzmy, w "84", ale w sumie to się zgadzało). Ja taką chęć wypowiedzenia Prawdy czułam u Kuczoka, ale to Gramomania Absolutna była, te opisy jogurtów...

    OdpowiedzUsuń
  3. rozumiem. Trochę sie wtopiłem, bo posta pisałem na chybcika, podczas nauki do straaasznego egzaminu. Jednak coś w tym jest, młoda proza jest u nas jakaś małomiasteczkowa. I nie oznacza to niczego złego. Ciekawym tylko, czy ktoś to kiedyś zauważył i uwzględnił.
    A że Kuczok jest skończonym grafomenem, to wie każdy na mieście, brakowało mi po prostu trzeciego nazwiska do kupy, a jak wiadomo, trójki fajnie wypadają w rozaitych wyliczeniach. Nie za dużo, nie za mało.

    Wierszyki dostawała? A może to Dehnel był, a ty nie zauważyłaś? :-p

    OdpowiedzUsuń
  4. Ależ my się z panem Jackiem zainteresowaniami zgrabnie wymijamy;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Możecie się zgodnie użalać, że Was do Dzień Dobry TVN nie zapaszają, a tego pozera Raczka owszem :p

    OdpowiedzUsuń
  6. Dawno Raczka nie widziałam, jako krytyka go nie lubię, niemniej para roku to krok dla Polski do przodu;]

    OdpowiedzUsuń