kalwaria bolała, bolało już samo orbitowskie orbitowanie w nfie, tekst, bez którego bym prawdopodobnie o du welzu w ogóle nie usłyszała (to znaczy pewnie bym usłyszała, od chłopaków z opium, ale i tak nie obejrzała, bo przecież później będzie czas, nie śpieszy się), bolało oglądanie tego filmu o trzeciej nad ranem z zapuchniętymi oczyma, a potem myślenie o nim, gdy już szłam spać (za oknem chyba lało). kalwaria mnie wymęczyła, bo to jest jeden z tych filmów, które trzeba przetrwać, ale nie dlatego, że nudne (chociaż kwadrans mniej wyszedłby obrazowi na dobre), tylko dlatego, że o emocjach tak skrajnych, że w głowie się kręci. ja w ogóle widzę w du welzu zadatki na kultowość, facet nakręcił raptem dwa filmy, a jego obsesje już wprost z ekranu skapują, i nawet jeśli jest to zbyt pretensjonalne i chwilami znacznie bardziej efekciarskie niż efektowne, ma moc: miłość na drodze do szaleństwa, miłość do kobiety, która odeszła, potem do dziecka, które zaginęło i prawdopodobnie nie żyje. i wszechobecne błoto, w którym bohaterowie się wręcz kąpią, błoto, błoto, błoto. w vinyan, gdzie większość akcji dzieje się na rzece i w dżungli, jest mnóstwo pięknych kadrów (w ogóle w kilku sekwencjach czas apokalipsy się odbija), ale jeśli miałabym już temu filmowi znaleźć szufladkę, to chyba taką z nalepką groza bardzo naturalistyczna, nieco psychodeliczna. obrzydliwości mnóstwo, także pod tzw. warstwą zewnętrzną: no bo oglądasz parę białych, co dziecka swojego w tropikach szukają, ale nie opuszcza cię myśl, że oni zachowują się tak, jakby ich strata była najtragiczniejszą stratą na świecie. oczywiście, w pewnym stopniu to się zgadza, w ich mikroświecie, owszem. ale oni patrzą na świat tak, jakby ich od tego świata oddzielała pancerna szyba: oni, ich ból - i reszta. dlatego tak ważna jest, niby gdzieś tam na boku, scena, w której dowiadujemy się, że sternikowi łodzi całą rodzinę zabrało tsunami. potworność vinyan bierze się w dużej mierze właśnie z poczucia bezsilności wobec okrucieństwa świata. wobec nędzy i wiosek w tropikalnych dżunglach, ludzi mieszkających w chatach na butwiejących palach. no i to jest do tego kapitalnie nakręcone, kurwa, światło, różnorodność ujęć i prowadzenia kamery, do tego elektroniczny akompaniament, mruczenie łodzi, pluskanie błota. znowu napisałam o błocie? emmanuelle beart - bardzo neurotycznej i bardzo wychudzonej - w tym błocie do twarzy. rufus sewell również znakomity.
i ostatnie pół godziny: zrujnowana świątynia, wielkie pnącza, piękno i groza. przypomniało mi się czy zabiłbyś dziecko?, choć scenografia bliższa władcy much. mrowiło mnie w szczęce.

the horror, the horror...


