czwartek, 11 czerwca 2009

post czterdziesty czwarty

kalwaria bolała, bolało już samo orbitowskie orbitowanie nfie, tekst, bez którego bym prawdopodobnie o du welzu w ogóle nie usłyszała (to znaczy pewnie bym usłyszała, od chłopaków z opium, ale i tak nie obejrzała, bo przecież później będzie czas, nie śpieszy się), bolało oglądanie tego filmu o trzeciej nad ranem z zapuchniętymi oczyma, a potem myślenie o nim, gdy już szłam spać (za oknem chyba lało). kalwaria mnie wymęczyła, bo to jest jeden z tych filmów, które trzeba przetrwać, ale nie dlatego, że nudne (chociaż kwadrans mniej wyszedłby obrazowi na dobre), tylko dlatego, że o emocjach tak skrajnych, że w głowie się kręci. ja w ogóle widzę w du welzu zadatki na kultowość, facet nakręcił raptem dwa filmy, a jego obsesje już wprost z ekranu skapują, i nawet jeśli jest to zbyt pretensjonalne i chwilami znacznie bardziej efekciarskie niż efektowne, ma moc: miłość na drodze do szaleństwa, miłość do kobiety, która odeszła, potem do dziecka, które zaginęło i prawdopodobnie nie żyje. i wszechobecne błoto, w którym bohaterowie się wręcz kąpią, błoto, błoto, błoto. w vinyan, gdzie większość akcji dzieje się na rzece i w dżungli, jest mnóstwo pięknych kadrów (w ogóle w kilku sekwencjach czas apokalipsy się odbija), ale jeśli miałabym już temu filmowi znaleźć szufladkę, to chyba taką z nalepką groza bardzo naturalistyczna, nieco psychodeliczna. obrzydliwości mnóstwo, także pod tzw. warstwą zewnętrzną: no bo oglądasz parę białych, co dziecka swojego w tropikach szukają, ale nie opuszcza cię myśl, że oni zachowują się tak, jakby ich strata była najtragiczniejszą stratą na świecie. oczywiście, w pewnym stopniu to się zgadza, w ich mikroświecie, owszem. ale oni patrzą na świat tak, jakby ich od tego świata oddzielała pancerna szyba: oni, ich ból - i reszta. dlatego tak ważna jest, niby gdzieś tam na boku, scena, w której dowiadujemy się, że sternikowi łodzi całą rodzinę zabrało tsunami. potworność vinyan bierze się w dużej mierze właśnie z poczucia bezsilności wobec okrucieństwa świata. wobec nędzy i wiosek w tropikalnych dżunglach, ludzi mieszkających w chatach na butwiejących palach. no i to jest do tego kapitalnie nakręcone, kurwa, światło, różnorodność ujęć i prowadzenia kamery, do tego elektroniczny akompaniament, mruczenie łodzi, pluskanie błota. znowu napisałam o błocie? emmanuelle beart - bardzo neurotycznej i bardzo wychudzonej - w tym błocie do twarzy. rufus sewell również znakomity.

i ostatnie pół godziny: zrujnowana świątynia, wielkie pnącza, piękno i groza. przypomniało mi się czy zabiłbyś dziecko?, choć scenografia bliższa władcy much. mrowiło mnie w szczęce.

the horror, the horror... 

niedziela, 31 maja 2009

post czterdziesty pierwszy

z cyklu szanuj, kurde, wspomnienia

sobota, 30 maja 2009

post czterdziesty

you might find the night time the right time for kissing

post trzydziesty dziewiąty

ja się zastanawiam, czy można być chamem i dupkiem, i bluzgać na prawo i lewo, i obcych ludzi do parteru sprowadzać, z błotem mieszać, szlam do ust wlewać, i cały czas być fajnym człowiekiem. a że jestem lojalna i cały czas się martwię, wyrażam swoją nadzieję, że jednak tak, bo jak nie, będzie źle.

ze mną lepiej. otworzyłam wczoraj nową replikę i okazało się, że znam osobiście cztery osoby ze zdjęć. miłe to. albo i nie. skoro z tych dwóch milionów i kolejnych paru, które nas lubią (chyba lubią, co? siostry, bracia, matki, ojcowie, ciocie, stryjowie...), widać tylko garstkę. chuj. nieważne.

do napisania. 

piątek, 22 maja 2009

post trzydziesty ósmy


mnie fun home ujęło... nie tylko tematyką, która z oczywistych względów wymusza jakieś synchro, nie prześliczną, niby to dziecięcą kreską, nie tą daviesowską logiką pamięci - lecz sposobem, w jaki przez bohaterów traktowane są książki. i w ogóle szeroko pojęta kultura: wszak bechdelowie żyją w domu addamsów i to bynajmniej nie w tym wspaniałym życiu. ale książki są tu jednak najważniejsze: wilde, proust, henry james, w końcu camus, główna poszlaka w dochodzeniu, czy ojciec bohaterki-autorki, autorki-bohaterki zginął pod kołami rozpędzonej ciężarówki przez przypadek, czy popełnił tym samym zamaskowane samobójstwo. no i joyce, którego alison zdradza z colette. książki stanowią jedyny most pomiędzy ojcem a córką, tylko na płaszczyźnie dyskusji literackiej możliwe jest jakiekolwiek porozumienie. ojciec daje córce tom colette, to podświadomy akt rozpoznania, tego fenomenu, który nazywamy gejdarem - znamienne, iż alison uświadamia sobie, kim jest, nie na wskutek zakochania czy doświadczenia seksualnego, tylko stojąc przy półkach w księgarni: było to przeżycie iście intelektualne. objawienie nie dla ciała, a dla umysłu. no i te nieustanne porównania: w jednej z najlepszych sekwencji fun home, podczas rozmowy ojca i córki w samochodzie, alison gorzko komentuje: to nie było wzruszające, pełne radości spotkanie odyseusza i telemacha. to było raczej jakby pozbawiony ojca stefan i pozbawiony syna bloom spotkali się na dwuznaczne kakao na eccles street 7. mamy tu interpretację własnego życia dokonywaną poprzez literaturę, poprzez nią też stawiane pytania: jak mógł tak żarliwie podziwiać joyce’owskie rozwlekłe, libidinalne TAK i ostatecznie powiedzieć NIE swojemu życiu?   

ale nie koniec na tym: gdyby ta refleksja zamykała się między jebliwie różowymi okładkami, byłoby mniej ironicznie, mniej boleśnie i w ogóle fajnie, ale nie jest, bo fun home to komiks z prawdziwego zdarzenia, i to, co w środku, wyłazi na zewnątrz i godzi czytelnika prosto w serce. (to górnolotne określenie samo wpierdoliło mi się pod palce). no i to jest tak, że ja teraz myślę, jak trzy i pół roku temu oglądałam całkowite zaćmienie dzień w dzień po powrocie ze szkoły, podziwiałam rimbauda di caprio i pisałam na klub jakieś bzdety, jak to fajnie być takim rimbaudem - i śmiech mnie ogarnia, trochę się wstydzę, ale już nie tak bardzo. ja nie zrobiłam tego naumyślnie, tak wyszło, ja przepraszam, nie chciałam - samo przyszło. sztuka wyprzedziła życie. i to jest wciąż przerażające trochę. 

czwartek, 21 maja 2009

post trzydziesty siódmy

o jezuniu, ja zupełnie zapomniałam, że posiadam bloga!

nie żeby ostatnie dwa miesiące szczególnie ciekawe były, chociaż może kulturalnie tak, bo czytałam bernharda, który działa na ogólnie pojęty system moralności jak piła mechaniczna (obejrzałam też angst geralda kargla ze zdjęciami rybczyńskiego i zastanawiam się, co z tymi austryjakami nie tak, że jak już światu coś pokazują, to same chore obsesje i zwyrodnienia, negacje, negacje, negacje), i dla równowagi zachwycałam się tym pięknym dzieckiem:

do napisania.