czwartek, 12 lutego 2009

post dziewiętnasty


bez saramonowicza i koneckiego byłaby chujnia. odświeżyłam ciało, obejrzałam lejdis w gronie rodzinnym i testosteron po bożemu od początku do końca i bez szumu w głowie. a na idealnym byłam trzy razy i pójdę jeszcze czwarty, bo jak zboczonym być, to na całej linii. nie da się inaczej. wtedy to już będzie zboczenie kontrolowane, a to się nie liczy; zboczenie z kursu musi się wiązać z ryzykiem, na przykład z tym, że pan michał walkiewicz, laureat pierwszej nagrody imienia krzysztofa mętraka, nazwie mnie pawianem, chociaż ja się wcale pawianem nie czuję, i pawianicą też nie. żem ujrzała te dziewice na szczudłach popierdalające do częstochowy i wiedziałam już, że to film dla mnie, jak tu się nie wzruszyć, kiedy twórca pół serio chrzci czarny charakter twoim imieniem i jeszcze jakieś panny w białych prześcieradłach wysyła na jasną górę? pannom towarzyszy rafał rutkowski, tu jako ojciec kajetan - postać zdumiewająco łukiego łono przypominająca, chociaż nasz książula to jednak inna galaktyka groteski, świat solondza raczej, niż "biby!", masakry i gwiezdnych kurwa wojen.

ja nawet już nie wiem, czy to jest film dobry, wiem, że napewno pojechali panowie saramonowicz i konecki z inspiracjami po bandzie, a raczej po kevinie s., koleś zakochujący się w lesbijce to chasing amy, akcja z pornolem zack and miri make porno, jezusy też się z powietrza nie wzięły, ale to są takie rzeczy, które możnaby napisać w recenzji, mnie akurat bawią, wkurzają, bo za dużo, bo przesada, ale bawią bardziej... (oczywiście najsensowniejszą reckę, jaką w ogóle czytałam, napisał kolega adrian, ja się oczywiście nie zgadzam, ale ma ta krytyka ręce i nogi, szczerba almodóvara się uczepił na przykład, zupełnie bez sensu, chociaż może nie zupełnie bez, bo to dobrze charakteryzuje naszą mentalność, taka postępowa wybiórcza jak widzi lesbijki, to od razu pisze kobiety na skraju załamania nerwowego, absurd jakiś). ja widzę idealnego jako zbiór skeczy bardziej, chociaż paradoksalnie ma ten film znacznie mocniejszy kręgosłup fabularny od testosteronu czy lejdis, i zrobiony jest po amerykańsku, tak, że każda scena, każda kwestia i każdy gest to element układanki (chwyta stenka różczkę za rękę na parkingu - takie tam bzdety). tyle że ten kręgosłup to lichawe love story, od historii luny i kościeja znacznie bardziej interesujące są wątki klary i ojca leona, wrocławski jako alter ego kuny i kuna jako alter ego wrocławskiego, ona eks zakonnica, on eks esbek (język się łamie), kto by pomyślał? on prawdziwy mefistofeles, kiedy wypluwa z siebie: spisek szatana i liberałów! a ona panny z the l word mogłaby uczyć, jak lesbę grać, jak trzymać fajkęęę, jak ręce w kieszeniach, jak patrzeć, jak się poruszać (a przecież to niby postać przerysowana, groteskowa, nieprawdziwa..!). trudno też o kunie powiedzieć, by wybitnie urodziwa była, a charyzmy i seksu ma tyle, że boczarska wymięka, topi się w wannie, rozpływa w mydle. o, i jeszcze seweryn znakomita - nie pozwoliła mi zapomnieć o istnieniu ludzi, których wewnętrzną przestrzeń nie wypełniają flaki i gówno, a szekspir i grotowski (ewentualnie na surową wątrobę znajdzie się miejsce). i karolak, chyba jedyny, co się z filmu na film nie zmienia, zawsze dupa, ale tutaj dupa wybitna, bo telewizyjna, pariodowanie tych szczwanych pajaców wychodzi mu pierwsze klasa. masakra po prostu, no.

czy ten pan wam kogoś nie przypomina?

 

i to by było na tyle. idę rozmyślać. wciąż nie wiem, kto bryknął mamę kangurzycę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz